Ciężka dola doktorantów

Studia doktoranckie to wybór sposobu na życie - albo wybór jakiegokolwiek sposobu na życie. Niezależnie od motywów, mówiąc: „zostaję na uczelni" budzi się respekt i zazdrość innych. Ale jak ten splendor przekłada się na sytuację finansową? Doktoranci zazwyczaj popadają w błędne koło: stypendium nie wystarcza na życie, więc muszą pracować. Ale promotorzy krzywo patrzą na tych, którzy się zatrudnili. A pracodawcy krzywo patrzą na tych, którzy poza pracą robią karierę naukową. Jak w takiej sytuacji wyżyć do pierwszego?

Nie ma czasu na etat

.Kryśka bardzo się cieszyła, gdy została dopuszczona do studiów doktoranckich na UJ. W końcu kosztowało ją to sporo wysiłku. Cieszył się też jej mąż, bezskutecznie od roku szukający pracy. Miny nieco im zrzedły, gdy okazało się, że stypendium na pewno nie wystarczy na utrzymanie nawet jednej osoby. – Wtedy postanowiłam poszukać pracy poza uczelnią… Szkopuł był w tym, że jako ta, która dostała się z najwyższą punktacją, miałam owszem stypendium, ale musiałam w zamian za nie prowadzić ćwiczenia. No i czasu bynajmniej nie miałam tyle, żeby móc zatrudnić się na cały etat. Nawet gdybym ustawiła sobie wszystkie zajęcia ze studentami na popołudnia i wieczory, muszę przecież mieć czas na przygotowanie się do tych zajęć!

Kryśka zrezygnowała z prób znalezienia pracy, a jej mąż wziął się za nie dwa razy energiczniej. Jak dotąd nie odniosły skutku. Oboje są obecnie w większości wspomagani przez rodziców.

Na spodnie pieniędzy nie starczy

Dla ścisłości jednak, sytuacja doktoranta czy doktorantki zależy nie od uczelni, a od kierunku, na którym studiuje. Są kierunki, na których można, tak jak Kryśka, dostać stypendium tylko w wyjątkowych okolicznościach. Są takie, na których nie dostaje ich nikt, i są też takie, na których dostają je wszyscy.

Tak jest na przykład na Uniwersytecie Wrocławskim. – Stawka jest mała, to fakt. Ale jest przynajmniej sprawiedliwie: pieniądze dostają wszyscy, nie ma niedomówień, protekcji, zazdrości – mówi Kamil, doktorant na kierunku przyrodniczym. – Inna sprawa, że i tak zostaję w martwym punkcie, bo mój promotor nie życzy sobie, żebym „marnował czas" na inną pracę. Jest przekonany, że dostanę etat zaraz po doktoracie, i każe mi tylko poczekać te dwa lata. Poczekamy, zobaczymy… na razie zaciskam pasa, piwo kupuję tylko w supermarkecie na osiedlu, a jak zedrę jedyną parę spodni, to nową dostaję w prezencie od mamy – uśmiecha się gorzko Kamil. – No i pracuję, pracuję, nad moją kolonią roślinek… Może coś z tego będzie niedługo…

Pracodawca nie zrozumie

- Nic mnie nie obchodzi, że promotorka kręci nosem na to, że pracuję – stanowczo stawia sprawę Maciek, student nauk społecznych w Krakowie. - Zresztą nie tylko ona: inni wykładowcy też. Ale ja nie mogę sobie pozwolić na to, żeby się w całości poświęcić uczelni. Mam malutkie dziecko, żona nie może iść do pracy, bo non stop karmi piersią. Muszę ich utrzymać! Ja mogę jeść raz dziennie, ale karmiąca bynajmniej – uśmiecha się.

Maciek postawił promotorce sprawę jasno: nie będzie chodził na wszystkie obowiązkowe nawet zajęcia – bo odbywają się w godzinach jego pracy. Za to solennie będzie się przygotowywał na każde seminarium i co semestr będzie pisał artykuł naukowy. – Szczerze mówiąc, ja cięższą przeprawę miałem z pracodawcą – przyznaje Maciek. Na rozmowie kwalifikacyjnej po prostu czułem, że dostanę tę pracę. Ostrzegli mnie koledzy i koleżanki ze studiów. Oni nie raz się pośliznęli na rozmowie o swój pisany doktorat. Więc ja ani o nim pisnąłem. Oczywiście nie napisałem też ani słowa w życiorysie. Dostałem pracę i od razu energicznie zabrałem się do roboty.

- Zupełnie mnie wcięło, jak po tygodniu przyszedł do mnie sam szef i prosi na rozmowę – kontynuuje Maciek. - Myślę sobie, czy ja coś źle zrobiłem? Nic mi nie przychodziło do głowy… No i okazało się, że mimo wszystko miałem za długi język. Opowiedziałem o moich studiach osobom w pokoju… Ktoś wyniósł to do szefa! Szef mnie pyta: jak pan sobie wyobraża pracę dla nas, skoro już pan pracuje dla uczelni? Musiałem tłumaczyć, przekonywać, zrobić cały plan mojej kariery i mu przedstawiać… No szopka. Ostatecznie dał się przekonać. Ale teraz jestem cały czas na cenzurowanym, muszę być o krok do przodu przed innymi, żeby nie zostać w tyle w rankingu szefa. No i oczywiście, z ludźmi z pokoju wymieniam tylko „cześć". Ale cóż, to i tak mi się opłaca. Mam pracę, zarabiam sporo. Mogę utrzymać moją rodzinę. A na uczelni realizuję po prostu swoje ambicje intelektualne. Na nic więcej nie liczę.

Miłość może nie przetrwać

.Marta i Krzysiek byli razem: razem mieszkali, razem się uczyli, razem zdali na studia doktoranckie na psychologii. I wtedy zaczęły się problemy. Marta od razu złapała pracę w prywatnej uczelni jako wykładowczyni. – Moja koleżanka odeszła, bo obroniła doktorat i wyjechała na postdoc'a do Stanów. Poleciła mnie dyrekcji szkoły jako dobre zastępstwo, i tak zaczęłam… Zostałam zatrudniona najpierw na jeden semestr, potem na kolejny… Praca nie jest najlżejsza, ale pieniądze mam.

Krzyśkowi trudno było sobie poradzić z tą sytuacją. Choć cieszył się z sukcesu Marty, bezskutecznie szukając pracy popadał w coraz większe przygnębienie i nie mógł opędzić się od uczucia zazdrości. – Zaczęło nam być naprawdę ciężko razem. Próbowałam go wspierać: łapał jakieś zlecenia w agencjach PR, reklamowych, czasami robił też korektę jakimś wydawnictwom psychologicznym, ale coraz mniej wierzył w siebie. I bezsensownie obwiniał o to mnie. W końcu zaczął rozdawać ulotki i kiedy akurat stał pod naszą uczelnią, a ja przechodziłam obok, ostentacyjnie nie wyciągał do mnie ręki z reklamą. Pewnego dnia wyprowadził się do rodziców, którzy mieszkali kilka ulic dalej. Odetchnęłam z ulgą, szczerze powiedziawszy. Teraz jestem sama i mam dużo więcej czasu, żeby poświęcić się pracy. Zwłaszcza że dostałam propozycję z nowej szkoły. Ze studiowaniem też jakoś sobie poradzę. Szkoły prywatne to chyba jedyne miejsce, gdzie doktorantów witają z otwartymi ramionami. Dla nich to bardzo perspektywiczni pracownicy.

Najlepiej zarobić zawczasu

Zupełnie inną sytuację mają ci, którzy studia doktoranckie zaczęli kilka lat po ukończeniu magisterskich. Piotr, filozof, przez cztery lata po studiach pracował w supermarkecie w Anglii. – Nie zarabiałem kokosów, ale byłem sam, więc mimo wszystko łatwo mi było odłożyć trochę oszczędności. Po tych czterech latach uznałem, że dosyć, czas spełnić swoje marzenia, i dostałem się od razu na PAN. Teraz nie muszę się martwić o nic, zwłaszcza, że warunki studiowania mam dużo lepsze niż moi koledzy i koleżanki na innych uczelniach. Ale tak czy siak, uważam, że nie ma wyjścia: w Polsce doktoranci muszą szukać innych form zarobkowania niż nauka. Nie mogą przecież nie jeść, mózg wtedy nie pracuje i nic mądrego nie wymyślą – śmieje się Piotr.

Kasia Michalczak

Szukaj ofert pracy

Np.: Programista Warszawa (oddzielaj słowa spacjami)

Kontakt z nami

FUNDACJA MANUS
Wybrzeże Wyspiańskiego 23-25, lok. 4.34
50-370 Wrocław
Napisz do nas 
Copyrights 2004-2005, WokolKariery.pl | Fundacja ManusRSS Feed