Od piwnic po dachy sami Polacy - reportaż z Brukseli

..Nasi w Brukseli. Jak się wiedzie Krysi, Adamowi, Krzysiowi, Rafiemu i innym... Czyli kilka historii z polskiej kamienicy przy brukselskim placu Księżniczki.

W suterenie polskiej kamienicy przy placu Księżniczki w Brukseli jest gorąco. - Tu jest piec, który grzeje cały dom - mówi Krysia, w stolicy Belgii od pięciu lat. Zarabia - jak wiele Polek - sprzątaniem. Mieszka z mężem Adamem, który - jak wielu Polaków - pracuje na budowie. W Polsce zostały dzieci. Najstarsza córka studiuje zarządzanie i handel zagraniczny, młodsza germanistykę, a syn - informatykę. Nie planują przyjazdu do Brukseli.

Suterena

Po pracy sobie wyszywam, poczytam. I co wieczór czekamy na odcinek "Na Wspólnej", to największa frajda. Kiedyś odbierała jeszcze TV Polonia, było więcej seriali. Teraz tylko TVN - opowiada Krysia. Razem z Adamem przyjechali z Łap, gdzie wszystkie fabryki upadły. - Śląsk jedzie do Niemiec, a północ Polski do Brukseli i do USA. Kuzynka załatwiła mi sprzątanie. Nie żyje mi się tu dobrze. Jestem, bo muszę. Najbardziej brakuje zieleni, wolnej przestrzeni. Chodzimy z mężem do parku, ale to nie to co w Polsce.

Polacy przeważnie planują, że popracują w Brukseli kilka miesięcy, najwyżej rok. Ale najczęściej zostają dłużej. Zamiast frytek, sałatki z cykorii i owoców morza jedzą przywożone z Polski w słoikach flaki i kotlety schabowe. Do sąsiadów-rodaków wpadają na domowe ciasto. Wieczorami dzwonią do kraju z budek z tanimi telefonami. Minuta z Polską kosztuje tylko 9 centów. Zza kartonowej ścianki dochodzą arabskie rozmowy. To sąsiedzi z dzielnicy dzwonią do swoich.

Polacy mają opinię świetnych fachowców. - Potrafią wszystko: projektować, murować, wstawiać okna, znają się nie tylko na budowlance, ale też na hydraulice i dociepleniach. Nowoczesne technologie nie mają dla nich tajemnic - mówi płynną polszczyzną Jean, właściciel kamienicy przy placu Księżniczki i pracodawca większości jej lokatorów. To Belg, chemik i wynalazca, właściciel kilku nieruchomości. Przed laty ożenił się z Polką. Magdę poznał we włoskiej restauracyjce San Marco po drugiej stronie placu Księżniczki. Była kelnerką. Zaczęło się od tego, że Jean wynajął Magdzie mieszkanie na parterze kamienicy. Krótko potem Magda wprowadziła się do niego na pierwsze piętro.

Parter

Polonia w Brukseli dzieli się na nową (pochodzi najczęściej z okolic Białegostoku, np. z Siemiatycz) i starą (dotarła do Belgii zaraz po wojnie razem z włoskimi imigrantami). Przedstawiciele starej mówią wyłącznie po francusku, nie licząc bankietów w konsulacie. Z nową Polonią często nie chcą mieć nic wspólnego.

Gdy 60-letnia mama Magdy (od kilku lat w Belgii) wylądowała w Szpitalu Erazma, leciwa doktor Bobrowska nie odezwała się ani jednym polskim słowem. Jean był tłumaczem. Nowa Polonia nie ma lekko. Po przyjeździe idą do misji polskiej albo jednego z małych sklepików z kiełbasą i polskim piwem. Przeglądają lokalną polską gazetkę, gdzie jest najwięcej ogłoszeń o pracy i o mieszkaniach do wynajęcia. Łatwiej jest, gdy ma się kogoś znajomego, u kogo można się zaczepić. - Ale nie pomagamy sobie bezinteresownie - mówi Wiola z parteru. - Za odstąpienie kilku godzin sprzątania w jakimś domu trzeba zapłacić równowartość tygodniowych zarobków. To jakieś 300 euro. W zmian jednak ma się zagwarantowaną pracę na długo - tłumaczy. Wiola w Brukseli jest razem z mężem i dzieckiem. Ona - sprząta u rodziny belgijskich policjantów. On - zarabia na budowie. Praca jest, rzecz jasna, na czarno. Wiola: - Gdyby mnie zatrudniali legalnie, nie zarabiałabym 9 euro za godzinę. W Brukseli to chyba wszyscy pracują na czarno. W każdym razie wszyscy w naszej kamienicy. Dziewczyny często nie wytrzymują trudnej pracy i wracają. Do Siemiatycz albo innych miasteczek pod Białymstokiem.

Dobrze zarabiacie? Wiola: - Nie. Mąż jeszcze chce zostać. Dobrze byłoby te pieniądze w coś ulokować, nie przepuścić. Kiedy "Belgia" zjeżdża do Siemiatycz, to ludzie chodzą po sklepach i ruch się ożywia. Z naszej ulicy wszyscy sąsiedzi siedzą w Brukseli. Gdyby wrócili, to pusta Bruksela! Gdy na początku tu przyjechałam, miasto bardzo mi się podobało. Było takie inne, takie oświetlone nocą, przepiękne. Teraz wszystko spowszedniało. Ja miałam wtedy 19 lat. Pierwsza młodość. Po dyskotekach się pochodziło. Teraz to już nie.

Pierwsze piętro

Krzysiu z pierwszego piętra ma niebieskie bmw 730d. Na autostradzie A2 wyciąga 230 na godzinę, wtedy się nie nudzi. Miejsce pracy tak jak sąsiedzi z dołu - żona (śliczna kobieta) sprząta, on pracuje na budowie. Siedzimy na skórzanej białej kanapie w salonie ich mieszkania w kamienicy przy placu Księżniczki. Na plazmowym wyświetlaczu leci "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" w podkolorowanej wersji DVD. Dziecko rysuje przy stole. Krzysiu dwa lata pracował w Warszawie, potem pokłócił się z pracodawcą i wyjechał do Brukseli. - Teraz wiem, że wszędzie sobie poradzę. Chcę coś osiągnąć, nie piję.

Rafi miał mniej szczęścia. Gdy po miesiącu pracy na czarno robota się skończyła, znajomi, u których mieszkał, wystawili jego rzeczy na ulicę. - Wyobraź sobie, stoisz sam z walizkami, nie znasz miasta, nie masz nic - mówi. W trudnej chwili pomógł mu Krzysiu. Dziś Rafi szykuje się do ślubu. Przyszłą żonę poznał w Belgii. Też sprzątała.

Z pokoju obok do salonu nieśmiało zagląda Wojtek, około 30 lat, pozbawiony większości uzębienia. Nie ma się akurat gdzie podziać, Krzysiu i jego żona zgodzili się, żeby z nimi trochę pomieszkał. Ciężko pracuje przez cały tydzień, by w weekend wszystko przepić. Wojtek lubi o szóstej rano w niedzielę pukać do drzwi domowników kamienicy z butelką wódki w ręce. O tej porze większości lokatorów pozostaje już tylko godzina snu przed pójściem do La Chapelle na polską mszę. Co niedzielę na mszę przychodzi od 1,7 do 3 tys. osób. Polscy misjonarze zakładają, że ok. 10-15 proc. pracujących w Belgii rodaków przynajmniej sporadycznie bierze udział w nabożeństwach. Stąd szacują liczbę Polaków w tym kraju na 40-50 tys., a w samej Brukseli na 20-25 tys.

Poddasze

Marek z poddasza jest świetnie zbudowanym góralem. Przez kilka lat handlował na Stadionie Dziesięciolecia. Znajomy Rosjanin był żołnierzem legii cudzoziemskiej i powiedział, że Marek też by się tam nadawał. Góral wiedział, że kokosy z handlu na stadionie skończą się, jak tylko wejdziemy do Unii Europejskiej. Za ostatnie pieniądze wyruszył do Aubagne pod Marsylią. W ostatniej chwili zrezygnował z legii i wyjechał do Brukseli. Trafił do kamienicy przy placu Księżniczki, na poddasze. Teraz pracuje dla Jeana. Gdy przed dwoma miesiącami jego dziewczyna zaszła w ciążę, odesłał ją do Polski. Nie ma zaufania do belgijskich szpitali. Marek chce, by jego dziecko wychowywało się w kraju. Zwłaszcza teraz, gdy Belgią wstrząsnęło zabójstwo dokonane przez dwóch młodocianych Polaków na belgijskim 17-latku.

Plac Księżniczki leżący na granicy dwóch najgorszych dzielnic Brukseli - Molenbeek Saint Jean i Anderlecht - był niegdyś spokojnym skwerem. W tych samych kawiarniach po pracy pili herbatę: Algierczycy, Marokańczycy, Włosi, Polacy i Serbowie. Za uskładane pieniądze kupowali dzieciom samochody i drogie ubrania. Dziś przez plac co pięć minut przejeżdża radiowóz, a na rogu stoją wrzeszczące dzieci pierwszych imigrantów - mówi Jean.

Oprócz Marka na poddaszu mieszka Biały (taka ksywka), elektryk. Został oszukany przez nieuczciwego polskiego patrona, czyli pracodawcę, którego zwą Michalik. Zasada działania firmy Michalika była prosta. Przez jakiś czas płacił pracownikom, jednocześnie pobierając od inwestorów zaliczki na materiały, których nie kupował. Potem znikał. Na Michaliku poznało się wielu Polaków (także Marek) i jeszcze więcej oszukanych Belgów.

Biały nie miał co robić w Belgii, po tym jak Michalik go oszukał. Już wsiadał do busa do Polski, kiedy zadzwoniła Magda z propozycją pracy. - Elektryka to tradycja rodzinna. Ojciec na święta wygrał konkurs na najpiękniej oświetlony dom w Barcicach - 10 tys. żarówek. Nagroda wyniosła 400 zł, rachunek za prąd 450 - śmieje się Biały. Jak wszyscy mieszkańcy kamienicy nie planuje zostać w Belgii. Rodzice mają już restaurację i kort tenisowy. Mimo to Biały chce jeszcze trochę popracować, bo u Jeana robota jest przyjemna. - Jak się jest w Polsce, to chce się wracać do Belgii. A stąd ciągnie do Polski - mówi, popijając mleko. To dla zdrowia po całym dniu w pyle na budowie.

Z okna widzę Brukselę

Mieszkam obok Marka i Białego. Studiuję dyrygenturę w Konserwatorium Królewskim. Gdy Jean i Magda dowiedzieli się, że dostałem stypendium i szukam mieszkania, natychmiast zaoferowali mi - za darmo - piękne poddasze z antresolą. Nie zamykam drzwi. Wśród Polaków jest bezpiecznie. Z okna roztacza się panorama na miasto. Od brata Magdy kupiłem pięknego starego peugeota 405 kombi, którego odkryłem pod centymetrową warstwą kurzu w garażu na tyłach kamienicy przy placu Księżniczki. Nie przeszedłby badania technicznego ze względu na nadmierną emisję spalin, gdyby nie pewien sympatyczny Marokańczyk. Z początku zażądał stówy łapówki, gdy się jednak dowiedział, że jestem Polakiem, powiedział: - Musimy sobie pomagać. Tylko sobie wyreguluj gaźnik i podreperuj to tylne zawieszenie. I, z łaski swojej, nie sprzedawaj nikomu tego samochodu.

Gdy we wtorki wychodzę na zajęcia, cały plac Księżniczki zawalony jest straganami. Marokańczycy sprzedają owoce za jedno euro. A my kupujemy.

Tadeusz Płatek
Autor jest dziennikarzem „Gazety Krakowskiej";
Niektóre imiona bohaterów na ich prośbę zostały zmienione.

Artykuł udostępniony przez:
.

 

Szukaj ofert pracy

Np.: Programista Warszawa (oddzielaj słowa spacjami)

Kontakt z nami

FUNDACJA MANUS
Wybrzeże Wyspiańskiego 23-25, lok. 4.34
50-370 Wrocław
Napisz do nas 
Copyrights 2004-2005, WokolKariery.pl | Fundacja ManusRSS Feed