Praca za granicą – kolejne ofiary nieuczciwości

Czasy niewolnictwa i obozów pracy nie są tak odległe, jak można by sądzić. Media demaskują w ostatnich dniach kolejne nadużycia wobec polskich pracowników sezonowych: we Włoszech, w Anglii, w Niemczech. Marcin z Żar i jego kolega wrócili właśnie ze Stade koło Hamburga. Mieli pracować fizycznie na torfowisku. Pośredniczka przekonywała, że zarabia się tam około 1200 euro. Po trzech tygodniach harówki z trudem wyciągnęli od nadzorujących po 170 euro. Na miejscu pracy zostało wielu innych Polaków, wśród nich ich dwóch znajomych. Prosili: „Nie mówcie nic Policji o naszej sytuacji. Stracimy pracę, a w Polsce nie mamy do czego wracać".

800 złotych za załatwienie pracy

Marcin i jego kolega są nauczycielami w żarskiej szkole podstawowej. Bezrobocie nie siedzi im na karku, ale że pensja niewysoka, postanowili wybrać się za granicę, żeby dorobić. Kolega Marcina wcześniej jeździł za granicę pracować przy zbiorach czereśni. Nigdy jego doświadczenia nie były tak złe, jak tego lata na torfowisku w Stade.

– Niecały miesiąc temu, w niedzielę po południu, dzwoni do mnie kumpel: „Słuchaj, jest praca w Niemczech". W poniedziałek o dwunastej już wyjeżdżałem. – opowiada Marcin.

Pośredniczką pomiędzy mężczyznami a pracodawcą w Niemczech była Jolanta J., znajoma znajomej kolegi Marcina. – Każdy sądził, że skoro nie jest to osoba znikąd, to wszystko będzie w porządku. Przecież znajoma nie oszuka – żali się Marcin. – Pani przy podpisywaniu umowy była bardzo miła: obiecała telefon służbowy i pomoc na miejscu przy naprawie mojego samochodu. Umowa opiewała na pięć miesięcy, ale my z kolegą planowaliśmy popracować miesiąc, zarobić jakieś 2000 złotych, czyli 500 euro na czysto, i wracać.

Marcinowi nie przyszło do głowy, że firma organizująca pracę może być niewiarygodna. A przecież każdy z nich zapłacił 800 złotych za pośrednictwo, co jest w Polsce nielegalne. Opłaty można pobierać tylko od pracodawców szukających pracowników.

Nocleg pod schodami

Kłopoty zaczęły się już na samym początku. - Pani pośredniczka powiedziała nam, żebyśmy jechali do Hanoveru. Ostatecznie według jej wskazówek zajechaliśmy do miasteczka za Hanoverem i tam miała czekać na nas praca. Tymczasem okazało się, że wszystkie miejsca pracy są już zajęte. Co więcej, nie mieliśmy gdzie spać! Dzwonimy do pośredniczki, ona sprowadza na miejsce tureckiego zarządcę. Mówimy mu, jaka jest sytuacja, a on na to: „Jutro jedziecie do Hamburga, tam jest praca. Nocleg dzisiaj musicie sobie zorganizować sami". Spaliśmy w domu pełnym pracujących tam Polaków pod schodami na strych – opowiada Marcin.

Rano, jadąc za przewodzącym im Turkiem, dotarli do Stade koło Hamburga. Zamieszkali we czterech w trzypokojowym mieszkaniu: Marcin, jego kolega oraz ich dwóch starszych znajomych. Opłata za mieszkanie wynosiła 50 Euro. W pobliżu znajdowało się jeszcze jedno mieszkanie dla pracowników torfowiska. Zajmowali je również Polacy, ale w liczbie trzynastu. – Liczyli, że im więcej się ich tam wciśnie, tym większa szansa, że Turcy nie każą im płacić za noclegi – relacjonuje Marcin.

Miejsce pracy, znajdujące się 35 kilometrów od miejsca pobytu, pokazali mężczyznom Zabid i Talik, tureccy podwykonawcy niemieckiego właściciela, którzy przez polską pośredniczkę wynajmują polskich pracowników. Najwyraźniej tyle zabiegów dla zyskania siły roboczej się opłaca. Przez pierwszy tydzień pracy w mieszkaniu, gdzie spał Marcin, mieszkał też syn jednego z Turków, Gürke. On instruował mężczyzn, jak i co mają robić. – Najpierw kończyliśmy jedno pole torfu. Potem Gürke zaprowadził nas na inne pole, powiedział, co robić i od tego momentu praktycznie bez słowa zniknął, także z mieszkania. A my niezrażeni pracowaliśmy, nie mówiąc o naszych starszych znajomych, którzy robili praktycznie dwa razy więcej od nas.

Źle zrobione, zapłaty nie będzie

Mężczyźni czuli się bezpiecznie ze świadomością, że umowa została podpisana. Jednak i ona w momencie podpisywania okazała się problematyczna. – Praca, o której mówiła pośredniczka, miała być na akord. Czyli tak naprawdę nie miało być ważne to, ile godzin przepracujemy, ale ile pracy faktycznie wykonamy. Owszem, taki był zapis w umowie, ale jednocześnie nie mogliśmy pracować krócej niż osiem godzin, ani przenosić mniej niż 100 metrów bieżących torfu dziennie. Tymczasem nam udawało się przenieść maksymalnie 40 metrów torfu dziennie. Po 10 dniach, jak obliczyliśmy, według stawki zarobione mieliśmy właściwie 1 Euro na głowę za godzinę.

Przez sześć dni jeździli na torfowisko o 5:00 rano i pracowali po 8 godzin. Cały ten czas ani pani pośredniczka, ani nikt, kto miał nadzorować ich pracę, nie pojawili się na miejscu. Marcin i jego kolega zaczęli mieć wątpliwości. Tymczasem ich starsi znajomi, w Polsce od dawna bezrobotni, pracowali bez ustanku i bez zastanowienia. – Cieszcie się, że jest co robić! – pokrzykiwali tylko, energicznie przenosząc kolejną porcję torfu z miejsca na miejsce.

Po sześciu dniach do punktu pracy przyjechali tureccy opiekunowie Polaków. Obejrzeli stan torfowiska i skwitowali – Wszystko źle zrobione, zapłaty nie będzie. – Wtedy naprawdę się zdenerwowaliśmy – relacjonuje Marcin. – Zaczęliśmy się kłócić, zadzwoniliśmy do tej baby – denerwuje się. – Na początku miała pretensje, że jak to, innym udaje się przenosić po 150, 200 metrów bieżących torfu dziennie. Niech sama przyjedzie i sobie poprzenosi! Przecież widzieliśmy, że inni, którzy pracują już po kilka miesięcy, przenoszą tyle samo co my. Dopiero jak ją postraszyliśmy niemieckim sądem, powiedziała, że dobrze, przyjedzie, zwoła komisję, komisja stwierdzi, czy torf został rzeczywiście źle ułożony. Od tej pory czekaliśmy na jej przyjazd.

Nie zapłacimy, bo wyjedziecie

Pracownicy mieli przykazane zapisywać sobie na karteczkach, ile kto zrobił danego dnia. – Nikt tego tam nie koordynuje! Księgowość to zeszycik z pszczółką Mają – szydzi Marcin. Mijały dni, a obiecana zapłata się nie pojawiała. Kiedy pracownicy zaczynali przebąkiwać zarządcom o oczekiwanych sumach, ci wyciągali zza pazuchy po 50 euro dla każdego. – To była dobra zagrywka psychologiczna – przyznaje Marcin. – Każdy cieszył się, że wreszcie dostał jakiekolwiek pieniądze. Wszyscy lecieli do sklepu po jedzenie i alkohol i nim się obejrzeli kasy już nie było. W pewnym momencie pomyślałem: jak to, miałem przywieźć do domu 500 euro a tu ciągle mam tylko 50 euro!? Jak zaprotestowaliśmy, Turcy stwierdzili, że nie dają nam więcej, żebyśmy nie wyjechali! Jeden chłopak kłócił się z nimi o zapłatę, bo chciał przesyłać pieniądze rodzinie, to dawali mu do ręki 50 euro i zawozili do banku, żeby przelał pieniądze na konto, a potem odwozili na miejsce. Co to, niewolników sobie znaleźli?! – denerwuje się Marcin.

Inni pracownicy byli w jeszcze gorszej sytuacji: przerzucano ich z pola na pole, przez co żadna zaczęta praca tak naprawdę nie była skończona, a Turcy zastrzegali, że zapłacą dopiero za pole z torfem przeniesionym w całości. Tymczasem praca, jak to na torfowisku, była naprawdę ciężka. Marcin miał już dość. Nic dziwnego - mało kto wytrzymuje osiem godzin dziennie na słońcu dźwigając po 10 kilo za jednym razem przez 8 godzin każdego dnia. –Zrobiliśmy z kumplem chyba z 16 rzędów po jakieś 5 pak torfu pionowo ułożonych, każdy rząd koło 160 metrów długości. Nasi starsi znajomi ryli do dna, my staraliśmy się nie podnosić tych najmniej wyschniętych porcji. Mimo to pod koniec trzeciego, ostatniego tygodnia swojego pobytu Marcin nie mógł poruszać palcami rąk.

Marcin próbował się skontaktować z polską pośredniczką, ale nie odbierała telefonów. Wreszcie, gdy udało mu się dodzwonić i spytać, kiedy się zjawi, pośredniczka zapytała: „A gdzie wy jesteście...?" – To mnie już dobiło. Ona nic sobie nie robiła z naszej sytuacji, bo już dostała pieniądze i od nas, i od Turków za pośrednictwo! W Stade nie tylko Marcin bezskutecznie usiłował dodzwonić się do pośredniczki. Wśród Polaków rozeszła się plotka, że bierze ona dodatkowe 5 euro za każdy nieodebrany telefon pracownika. – Nie wierzyliśmy w to, ale wiadomo, że humorów nam to nie poprawiło – opowiada Marcin.

Tylko nie zgłaszajcie Policji

- Po rozmowie z pośredniczką stwierdziłem, że nic tam po mnie. Postanowiłem jednak poczekać do wtorku i jeśli nic się nie poprawi, wrócić do domu. Mój kolega początkowo się wahał, bo ma rodzinę na utrzymaniu, ale ostatecznie stwierdził, że jedzie ze mną. Nasi dwaj starsi znajomi nie mieli zamiaru opuszczać Stade. Cieszyli się po prostu, że mają pracę. Tak naprawdę tylko to ich obchodziło, pieniądze były mniej ważne.

- Przez cały weekend pośredniczka się nie pojawiła, więc postanowiliśmy, że jedziemy. Dwaj starsi znajomi nie mogli tego zrozumieć. W poniedziałek już zupełnie sobie odpuściłem. Oni zasuwają, ja spokojnie myję samochód. Jeden z nich prosi: „Marcin, tylko nie idźcie z tym na Policję, stracimy pracę".

Marcin i  jego kolega ze względu na swoich znajomych, którzy nadal pracują na torfowisku, wciąż nie zdecydowali się zgłosić sprawy do odpowiednich organów ścigania ani w Polsce, ani w Niemczech. Z tego samego względu  nie podają pełnych danych firmy ani kobiety, która w Polsce jest odpowiedzialna za werbowanie pracowników. Zwłaszcza, że wciąż czekają: a nuż obiecane pieniądze zostaną im wypłacone. – Ja w końcu mam w Polsce pracę. Oni są w dużo cięższej sytuacji. Poczekamy. Jak nie zapłaci do niedzieli, podamy babkę do sądu.

Dziś kolega Marcina zadzwonił do Jolanty J. Odebrała telefon. Powiedziała, że kiedy już miała wyjeżdżać do Stade, dostała wylewu.

Kasia Michalczak

Szukaj ofert pracy

Np.: Programista Warszawa (oddzielaj słowa spacjami)

Kontakt z nami

FUNDACJA MANUS
Wybrzeże Wyspiańskiego 23-25, lok. 4.34
50-370 Wrocław
Napisz do nas 
Copyrights 2004-2005, WokolKariery.pl | Fundacja ManusRSS Feed