Oferty pracy
Oferty według branż
- Administracja [1]
- Architektura [0]
- Bankowość / Ekonomia [1]
- Biotechnologia [0]
- Budownictwo [3]
- Chemia [0]
- Doradztwo / Konsulting [1]
- Edukacja [1]
- Elektronika [1]
- Elektryka [1]
- Energetyka [1]
- Farmaceutyka [0]
- Finanse i księgowość [9]
- FMCG [0]
- Geodezja [0]
- Grafika / Media [2]
- Handel / Sprzedaż [41]
- HR / Kadry [4]
- Inżynieria środowiska [0]
- IT / Internet [8]
- Komputery / oprogramowanie [1]
- Komputery / sprzęt [0]
- Koordynacja / Logistyka [0]
- Logistyka / Zakupy [0]
- Marketing / Reklama [2]
- Mechanika [4]
- Medycyna [2]
- Motoryzacja [4]
- Nieruchomości [0]
- Obsługa klienta/call center [12]
- Operatorzy/mechanicy maszyn i urządzeń [7]
- Organizacje pozarządowe [0]
- Praca fizyczna [9]
- Prace biurowe [0]
- Prawo [0]
- Projektowanie / Wdrażanie [0]
- Public Relations [0]
- Rolnictwo [0]
- Rozrywka/Sztuka [1]
- Technika / Inżynieria / Konstrukcja [8]
- Telekomunikacja [0]
- Telekomunikacja (oferty pracy w Nokia Siemens Networks) [0]
- Tłumaczenia/Języki obce [0]
- Transport [5]
- Turystyka i hotelarstwo [0]
- Ubezpieczenia [0]
- Weterynaria [0]
- Windykacja [0]
- Zarządzanie produkcją [1]
- Zarządzanie / Organizacja [0]
- Inna [64]
Wróciłam do domu, zderzam się z Polską
Dlaczego wróciłam do Polski - pisze emigrantka, czytelniczka cyklu "Przystanek Polska" w Gazecie Wyborczej.
- Naprawdę? Wrócili Państwo na stałe? Teraz przecież wszyscy wyjeżdżają - powitała mnie polska sąsiadka. Nie ona pierwsza zrobiła okrągłe oczy na nasz widok, choć znajomi zazwyczaj robili to dyskretniej. Zaczęło się jeszcze za granicą: - Wracasz do braci? - ironizował zaprzyjaźniony sprzedawca w sklepiku z herbatą. Już chciałam sprostować, że mam tylko jednego brata, ale w porę mnie olśniło i zrobiło mi się przykro. Zrozumiałam, że mój kraj dotąd postrzegany jako ojczyzna "Solidarności", Lecha Wałęsy i Jana Pawła II dziś jawi się już tylko jako coś na kształt rodzinnego biznesu kojarzonego dotychczas z egzotycznymi republikami bananowymi. Dlaczego więc z płynną znajomością czterech języków, z dzieckiem czującym się swobodniej w realiach zachodnich niż polskich, z możliwościami ułożenia sobie życia za granicą znowu tu jestem?
Mam po prostu do czego wracać: tu jest mój dom i wymagający opieki rodzice, którzy już nie przeflancują się na obcą ziemię. Cztery lata za granicą były fantastycznym doświadczeniem, ale od początku wiedzieliśmy, że to przerywnik. Mąż ma nadal pracę tutaj, ja mam pasjonujący zawód i będę walczyć, by do niego wrócić, a marzeniem córki, która zjeździła z nami Europę, jest być z rodziną w Polsce, z której jest dumna.
Poza tym, dlaczego miałabym NIE wracać? Bo polityczna sytuacja zakrawa na ponury żart? Bo brak w tym kraju polityków na miarę naszych marzeń? Nie takie rzeczy przetrwaliśmy. Nauczmy się w końcu robić właściwy użytek z demokracji, a do takich sytuacji dochodzić nie będzie.
Miewam oczywiście chwile zwątpienia. Myślałam, że życie tu znormalniało, europejskie standardy dotarły, kierowcy ucywilizowali się, a urzędnicy i fachowcy stali się profesjonalistami. Tymczasem zmieniło się znacznie mniej, niż powinno. Przeżywam więc kolejne traumatyczne doświadczenia. Sterczę w kolejkach, dostarczam sterty certyfikatów, zaświadczeń, podań, tłumaczeń i kopii do urzędów: celnego, skarbowego, komunikacji, ZUS-u, firmy ubezpieczeniowej itd. itp., a po drodze zderzam się na różnych polach z tzw. polską normą. Ostatnio był to nasz systemem edukacyjny.
Niby znana szkoła (córka ukończyła w niej pierwszą klasę), dawne koleżanki, a jednak dziecko wróciło bliskie płaczu. Nikt się nią nie zajął - koleżanki gadały tylko między sobą. Pierwszego dnia wszystkie przerwy przestała sama. Nauczyciele nie tylko, że zdawali się tego nie dostrzegać, ale sami też nie byli ciekawi nowej uczennicy: żadnych pytań, przedstawiania się, zero luzu, minimum uśmiechu, emocjonalna siermiężność. I rutyna - sprawdzanie listy, powtórka materiału, praca domowa.
Gdy cztery lata temu córka szła do międzynarodowej szkoły w zachodnioeuropejskim kraju, nie znała w niej nikogo i ani słowa nie mówiła po angielsku. Przy jej nieśmiałości pierwszy dzień miał prawo zakończyć się katastrofą. A jednak po lekcjach z klasy wysypała się osiemnastka radosnych maluchów z trzynastu krajów. Łamanym angielskim wykrzykiwali sobie: "See-you-tomorrow", a córka wyluzowana cieszyła się na następny dzień w szkole.
Gdy w ubiegłym roku do jej klasy przybyła nowa uczennica, wychowawczyni wytypowała dwójkę wolontariuszy, by oprowadzili koleżankę po wszystkich zakamarkach. Nauczyciele zagadywali, pytali o dawną szkołę, zainteresowania. Dziecko czuło się zauważone i szybko wsiąkło w otoczenie. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego nie może tak być w polskiej szkole.
Mam również za sobą przygodę z TP SA, gdzie zgłosiłam chęć założenia telefonu. Miła urzędniczka napisała na zleceniu "pilne" i zapewniła, że w ciągu tygodnia odezwie się monter. Przyjaciele potwierdzili: teraz robią od ręki. Uwierzyłam. W końcu mamy już IV Rzeczpospolitą, a miało by być trudno o telefon? Minął tydzień, monter nie dał znaku życia. W telepunkcie urzędniczka rozłożyła ręce: - Zamówienie jest w drodze. W końcu monter zadzwonił: - Mogę przyjechać teraz albo najwcześniej pojutrze, ale nie wiem, o której, bo mam nawał roboty. Próbowałam negocjować, bo załatwiałam akurat pilne sprawy i miałam inne plany na popołudnie, ale wobec alternatywy czekania nie wiadomo do kiedy, ruszyłam do domu. Wpadłam razem z monterem: - No, nareszcie się Pana po dwóch tygodniach doczekałam - rzuciłam z lekkim wyrzutem, ale uśmiechnięta i raczej po to, by zagaić rozmowę, niż robić wymówki. - Co takiego, biiip? (monter po raz pierwszy rzucił ciężkim słowem, wkrótce "biiipował" co chwilę). Niech pani patrzy, biiip - podetknął mi zlecenie z datą. - Dziś dostałem, dziś u pani jestem. Pozwalniali, biip, kupę ludzi i teraz winę zwalają na monterów, bo są na pierwszej linii z klientem, biip.
Najwidoczniej nie jestem pierwsza z takim komentarzem - domyśliłam się, a monter kontynuował: - Co tu biiip zrobili? (O poprzednich fachowcach, którzy umocowali gniazdko.)- Co za biiip to tu wstawił? (To a propos mojego męża, który poutykał coś w schowku z instalacją przy naszym mieszkaniu.) - O biip, ale się spociłem. Po: - O biip nie wziąłem śrubokrętu - monter wypadł z mieszkania.
Wypiłam dwie herbaty, przeszukałam klatkę schodową, garaż i przydomowy parking. Ani śladu człowieka. Zaczęłam się niepokoić, bo zniknął z naszymi jedynymi kluczykami od schowków z narzędziami. W końcu domofon zabzyczał. - Dobrze, że pan jest. Niepokoiłam się, bo zabrał pan nasze kluczyki - zagaiłam. - Tak, biiip, i po drodze zrobiłem kopie - burknął obrażony. Przestraszyłam się, że może rzucić robotę, więc zamilkłam, by go już więcej nie urazić. Wśród kolejnych biiipów i oparów monterskiego mozołu dotrwałam do końca operacji.
Wkrótce przyszedł mąż, pozamiataliśmy tynk i resztki porozrzucanych przewodów, mąż zaizolował niechlujnie pozostawioną instalację i podłączył właściwe urządzenia. Teraz jeszcze tylko muszę wyjaśnić, dlaczego tak słabo słychać i coś ćwierka w słuchawce, ale telefon już mam.
Gdy cztery lata temu instalowałam telefon półtora tysiąca kilometrów od naszych granic, monter pojawił się w ciągu 24 godzin. W schludnym stroju, usługę wykonał w kilka minut, kulturalnie odpowiadał na pytania, a przed wyjściem po sobie posprzątał.
Tak oto dzień po dniu zbieram kolejne doświadczenia. Jak na razie, większość to rozczarowania, ale czy ktoś mówił, że ma być łatwo?
(nazwisko autorki znane redakcji)
Źródło: http://www.gazeta.pl
Szukaj ofert pracy
Np.: Programista Warszawa (oddzielaj słowa spacjami)