Oferty pracy
Oferty według branż
- Administracja [1]
- Architektura [0]
- Bankowość / Ekonomia [1]
- Biotechnologia [0]
- Budownictwo [3]
- Chemia [0]
- Doradztwo / Konsulting [1]
- Edukacja [1]
- Elektronika [1]
- Elektryka [1]
- Energetyka [1]
- Farmaceutyka [0]
- Finanse i księgowość [9]
- FMCG [0]
- Geodezja [0]
- Grafika / Media [2]
- Handel / Sprzedaż [41]
- HR / Kadry [4]
- Inżynieria środowiska [0]
- IT / Internet [8]
- Komputery / oprogramowanie [1]
- Komputery / sprzęt [0]
- Koordynacja / Logistyka [0]
- Logistyka / Zakupy [0]
- Marketing / Reklama [2]
- Mechanika [4]
- Medycyna [2]
- Motoryzacja [4]
- Nieruchomości [0]
- Obsługa klienta/call center [12]
- Operatorzy/mechanicy maszyn i urządzeń [7]
- Organizacje pozarządowe [0]
- Praca fizyczna [9]
- Prace biurowe [0]
- Prawo [0]
- Projektowanie / Wdrażanie [0]
- Public Relations [0]
- Rolnictwo [0]
- Rozrywka/Sztuka [1]
- Technika / Inżynieria / Konstrukcja [8]
- Telekomunikacja [0]
- Telekomunikacja (oferty pracy w Nokia Siemens Networks) [0]
- Tłumaczenia/Języki obce [0]
- Transport [5]
- Turystyka i hotelarstwo [0]
- Ubezpieczenia [0]
- Weterynaria [0]
- Windykacja [0]
- Zarządzanie produkcją [1]
- Zarządzanie / Organizacja [0]
- Inna [64]
Zawód: menedżer sportowy
Czasy prezesów niczym z "Misia" mijają: sportem w Polsce zaczynają rządzić świetnie wykwalifikowani menedżerowie. Sport stał się biznesem, a klub ma przynieść zyski.
W "Misiu" Stanisława Barei Ryszard Ochódzki, prezes klubu sportowego Tęcza, to uosobienie działacza sportowego PRL - nie ma pojęcia o profesjonalnym zarządzaniu, wykorzystuje stanowisko do robienia drobnych interesów, uwielbia tanie pochwały.
Dziś prezes klubu sportowego nosi markowy garnitur, ustala na co wydać dziesiątki tysięcy złotych, zarządza sztabem ludzi - od asystentów przez trenerów do specjalistów od komunikacji z mediami.
Jak zrobić karierę w sporcie? Arkadiusz Krygier ma 34 lata. Mówi biegle po angielsku, rosyjsku i serbsku. Pochodzi z Włocławka, 10 lat temu skończył prawo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, później studium zarządzania w Szkole Głównej Handlowej. Od początku kariery zawodowej jest związany ze sportem. Został kierownikiem drużyny koszykarskiej we Włocławku. Potem - wraz z rosnącą grupą sponsorów i zmianami w funkcjonowaniu klubu - dyrektorem ds. marketingu. Latem otrzymał świetną ofertę od bogatego Turowa Zgorzelec, sponsorowanego przez lokalną elektrownię i kopalnię. Został prezesem klubu. Nie wahał się - to wyzwanie, ale też kolejny krok w karierze i awans na dobrze płatne stanowisko.
To jeden z wielu młodych działaczy, którzy patrzą na sport przez pryzmat liczb, bilansu zysków i strat, ścisłego trzymania się budżetu. Wiedzą, że dobra kampania public relations w mediach zwiększy zainteresowanie drużyną. A wraz z tym pojawią się sponsorzy chętni do reklamowania się przez sport. Ten przestał być już rywalizacją na boisku. To teraz walka o pieniądze, jakie można zyskać dzięki kontraktom sponsorskim, sprzedając np. prawa do transmisji telewizyjnych.
Zmiany rozpoczęły się wraz z wprowadzaniem sportowych spółek akcyjnych. Teraz kluby coraz bardziej przypominają te z amerykańskich lig zawodowych. Właściciele dokładnie analizują, na jakie zyski mogą liczyć. Każdy transfer ma przynieść udziałowcom dochód. - To możliwe, ale pod warunkiem, że kierują tym osoby kompetentne - mówi prof. Andrzej Sznajder ze Szkoły Głównej Handlowej.
Zarządzania sportem uczy coraz więcej uczelni. Popularne jest specjalnie utworzone studium w SGH. Pojawiają się kolejne: na Akademiach Wychowania Fizycznego, prywatnych uczelniach. - Zainteresowanie rośnie wraz z czasem. Coraz bardziej widać, że to się opłaca - przyznaje prof. Sznajder.
Przyszli menedżerowie sportu uczą się, jak stworzyć z klubu maszynkę do zarabiania pieniędzy - muszą wiedzieć, jak działają spółki, jak je promować i kształtować wizerunek drużyny. Zajmują się współpracą z mediami, poznają, jak kluby sportowe funkcjonują za granicą, zgłębiają tajniki reklamy.
- Klub teraz jest jak firma, właściwie różnic nie ma żadnych - mówi Krygier, którego Turów ma roczny budżet w wysokości ok. 4 mln dol., z czego 25 proc. to pula na wynagrodzenia zawodników. - Sport stał się biznesem. Klub ma przynieść pieniądze. Szefów klubów rozlicza się z tego, jak wydawane są fundusze reklamujących się sponsorów. Ważne, aby nie były marnotrawione, a dawały zyski.
Pieniądze można zarabiać, nie tylko rządząc klubem walczącym o mistrzostwo w lidze piłkarskiej, koszykarskiej czy siatkarskiej. Jeszcze większe kwoty wchodzą w grę w przypadku menedżerów indywidualnych, zajmujących się znajdowaniem graczy do drużyn. Jednym z pierwszych takich agentów w Polsce jest Andrzej Grzyb. Kończył studia i zrobił doktorat na moskiewskim odpowiedniku AWF (katedra piłki siatkowej). - Naturalne było, że znajomi trenerzy klubowi zgłaszali się coraz częściej do mnie, abym pomógł im sprowadzić zawodników z ówczesnego Związku Radzieckiego. Początkowo robiłem to gratis, ale później uznałem, że trzeba to uporządkować - mówi Grzyb.
W 1991 roku założył spółkę, która oficjalnie pośredniczyła w transferach piłkarskich i siatkarskich. Trzy lata później ukończył pierwszy w Polsce kurs menedżerów sportu. Grzyb: - Mam różne tytuły, jestem trenerem siatkówki, skończyłem kursy trenerskie światowej federacji, zyskałem wiele uprawnień biznesowych. Jeśli ktoś chce robić karierę w sporcie, musi o to zadbać. Ale o wielu rzeczach decyduje też znajomość ludzi, układów, uczciwość. Bez tego natychmiast zginie się wśród zawodników.
Im dłużej menedżer jest na rynku, tym bardziej jego renoma rośnie. A wraz z tym dochody. Grzyb nie ukrywa: - Pieniądze można zarobić... I to bardzo dobre. Kwestia sumy zależy jednak od techniki kontraktu.
Na początku od każdej umowy brał 5 proc. i nic więcej go nie interesowało. Takie podejście nie dawało jednak renomy u sportowców - kiedy mieli problemy z wypłatami, musieli radzić sobie sami. Obcokrajowcy w takiej sytuacji są bezbronni.
Teraz jest inaczej. Zawodnik podpisuje kontrakt z Grzybem, a on z klubem. W ten sposób sportowiec umawia się z menedżerem na określoną sumę i nie obchodzi go już, ile ten otrzyma z klubu za transfer. Z drugiej strony zawodnika nie interesują problemy klubu - Grzyb musi mu zapłacić 100 proc., a później - w razie problemów - sam chodzi po sądach.
Agenci koszykarscy, którzy znajdują zawodnikom kluby w Polsce, otrzymują przeciętnie 10 proc. z wynegocjowanych kontraktów. A sumy są spore. Czołowi koszykarze podpisują umowy warte nawet od 100 do 150 tys. dolarów. Od każdej takiej umowy menedżer otrzyma 60 tys. zł. Przed sezonem tylko w Polsce może podpisać kilka tak poważnych umów oraz kilkanaście mniejszych. To i tak niewiele w porównaniu do zarobków agentów piłkarskich. Tam - wśród najlepszych - w grę wchodzą kwoty kilkadziesiąt razy większe.
Paweł Rzekanowski
Źródło: http://www.gazeta.pl
Szukaj ofert pracy
Np.: Programista Warszawa (oddzielaj słowa spacjami)